29 wrz 2010

15.08.2010




Dziś, dość hucznie, obchodziliśmy urodziny Księdza Bosco, choć one są dopiero jutro. Wszystko zorganizowane w nowicjacie: modlitwy, ognisko, kolacja i TAŃCE. Wszystko to, co działo się w czasie tych kilku godzin świętowania pozwoliło nam odczuć, że jesteśmy jedną rodziną salezjańską. Fajne jest to, że potrafimy razem pracować, czasem siebie upomnieć, a także bawić się i świętować. W takich momentach cieszę się, że jestem „dzieckiem salezjańskim” i że na świecie jest tylu wspaniałych ludzi, którzy także należą do tego grona.
Janek! Janek B! Janek Bosco! Ole!

13.8.2010




Tydzień obozu za nami. Oznacza to, że koniec co raz bliżej. Za 2 tygodnie będzie trzeba opuścić to miejsce. Nie chcę myśleć o tym, co będzie, lecz dobrze wykorzystać ten czas, który został mi dany. Dać ludziom 300% z siebie, tak abym te wspomnienia i doświadczenia mogła zabrać ze sobą do domu. Tylko czy to będzie takie proste? Jedno jest pewne. To wszystko zostawia ogromny ślad w sercu. Takie nowe kawałeczki serca, które kiedyś daliśmy innym, powracają do nas, tylko w trochę innej formie. Ale to i tak nie zmienia faktu, że będę tęsknić za ludźmi, za miastem, za domem i fride rice with chicken. No a teraz trzeba się wziąć w garśc i wracać na plac boju pod niebem pełnym cudów.

12.08.2010



Dziś strasznie odczułam moc mojej zielonej grupy. Mimo tego, że między nami – zielonymi animatorami – nie wszystko było OK i mieliśmy do siebie pretensje i mnóstwo uwag, dziś byliśmy naprawdę animatorami. Każdy z nas – animatorów i uczestników – czuł się odpowiedzialny za powierzone mu zadanie. Oczywiście każdy chciał być najlepszy ze wszystkich teamów. Słychać było „Bra Bra* Green”. Ale mnie, człowieka który lubi pewien porządek w życiu, najbardziej cieszył fakt, że przez całe tressure hand* byliśmy zgraną grupą. Mogłoby się wydawać, że łapanie za rękę, przez nasze dzieciaki, było uciążliwe. Ale ze mną było wręcz przeciwnie. Dawało mi to niewidoczną siłę, która retuszowała inne sprawy. I w tym momencie słówko ejnoy nabrało nowego sensu.
ENJOY YOUR LIFE!

* twi. chodź
* ang. szukanie skarbu

27 wrz 2010

11.08.2010






Choć obóz zabiera nam mnóstwo czasu i energii, wieczorami znajdujemy czas na rozmowę i nasze polskie bycie razem. Strasznie dużo rozmawiam tu z Asią. W Polsce nie było to takie łatwe, szczerze mówiąc nie potrafiłyśmy rozmawiać. A tu wszystko się zmieniło. Może to wynika z tego, że najlepiej się dogadujemy, że jesteśmy zostawione same sobie. Żałuję, że w Polsce nie jest tak samo. Uwielbiam stwierdzenie, że Afryka zmienia i łączy ludzi! Patrząc na to realnie – w Polsce nie padłoby tyle słów co tu. Może to nauczy nas doceniać czas jaki został nam dany.

10.08.2010




Kolejny dzień obozu za nami. W tym momencie, prawie po miesiącu zycia tu, doceniam pytanie „How are you” albo „ety se je”. Choć na samym początku strasznie mnie to denerwowało. Ale teraz doszłam do tego, że te pytania zadawane są z sympatią. Szczególnie jeśli dzień wczesniej wyglądało się gorzej niż swój własny cień. Tu nie ma rozmowy, która nie zaczynałaby się od pytania „Jak się masz”. To taki afrykański sposób na rozpoczęcie rozmowy. I to strasznie cieszy jak dzieci przybiegają i mówią „Hallo, How are U.”
Odrobina serdeczności kruszy nawet największe lody.

9.08.2010





Zaczęliśmy Camp. Raczej inni zaczęli, bo ja cały dzień spędziłam w łóżku. Powód? Mam robaki. Dają one mocno w kość. Po kilku tabletkach przeciwbólowych i litrach coli doszłam do siebie i od czasu lunchy byłam z moją grupą.
Bycie białym na campie jest w pewnym stopniu trudne. Jedne dzieci garną się do ciebie, a inne (głównie te starsze) dogadują w twi – lokalnym języku. Ale jest coś, co sprawia, że to wszystko schodzi na dalszy plan. Jest to fakt, że realizuje się swoje powołanie, swoją misję. Człowiek raduje się najmniejszym pozytywnym efektem swojej pracy. Dziś nawet cieszył fakt, że szarfy dzieciaków się nie pruły:) I może o to chodzi ze szczęściem, o którym się tyle mówi.

7.08.2010




I kolejne pożegnania za nami. Nie było to takie łatwe, przecież spędzaliśmy z tymi ludźmi tyle czasu. Po tym wszystkim stwierdzam, że naszym podstawowym problemem jest zbyt duże przywiązywanie się do innych ludzi.
W takich chwilach zastanawiam się jak będzie wyglądało moje pożegnanie z Sunyani. Chłopaki przeżyli to bardzo emocjonalnie. Choć wydaje mi się, że nie chodzi tu o samo rozstanie, ale o świadomość, że nigdy możemy nie spotkać tych ludzi. I to chyba boli i przeraża najbardziej.
Afryka bez wątpienia łączy i zmienia ludzi.