27 wrz 2010

9.08.2010





Zaczęliśmy Camp. Raczej inni zaczęli, bo ja cały dzień spędziłam w łóżku. Powód? Mam robaki. Dają one mocno w kość. Po kilku tabletkach przeciwbólowych i litrach coli doszłam do siebie i od czasu lunchy byłam z moją grupą.
Bycie białym na campie jest w pewnym stopniu trudne. Jedne dzieci garną się do ciebie, a inne (głównie te starsze) dogadują w twi – lokalnym języku. Ale jest coś, co sprawia, że to wszystko schodzi na dalszy plan. Jest to fakt, że realizuje się swoje powołanie, swoją misję. Człowiek raduje się najmniejszym pozytywnym efektem swojej pracy. Dziś nawet cieszył fakt, że szarfy dzieciaków się nie pruły:) I może o to chodzi ze szczęściem, o którym się tyle mówi.

7.08.2010




I kolejne pożegnania za nami. Nie było to takie łatwe, przecież spędzaliśmy z tymi ludźmi tyle czasu. Po tym wszystkim stwierdzam, że naszym podstawowym problemem jest zbyt duże przywiązywanie się do innych ludzi.
W takich chwilach zastanawiam się jak będzie wyglądało moje pożegnanie z Sunyani. Chłopaki przeżyli to bardzo emocjonalnie. Choć wydaje mi się, że nie chodzi tu o samo rozstanie, ale o świadomość, że nigdy możemy nie spotkać tych ludzi. I to chyba boli i przeraża najbardziej.
Afryka bez wątpienia łączy i zmienia ludzi.

22 wrz 2010

5.08.2010




Dziś zaczęliśmy meetingi przed Campem. Jest to strasznie męczące . Wszystko trwa jakieś 8 godzin, ale na szczęście mamy przerwy. I właśnie w czasie tych przerw doceniam dar drugiego człowieka. Co chwilę poznajemy kogoś nowego, spotykamy „Starych znajomych”. Oczywiście nawet w takich chwilach nie mogło zabraknąć tańców. Już teraz wiem, że mimo tego, że czas Campu będzie trudy, ale będzie jeszcze bardziej owocny. Bo przecież tylko życie poświęcone innym jest godne przeżycia.

20 wrz 2010

30.07.2010




 No i mamy pierwsze problemy ze zdrowiem. Wracając z Tamale zatruliśmy się gazem. Problemy żołądkowe, cały dzień spędzony w łóżku. Chwilami zastanawiałam się czy to nie mój koniec. Na szczęście, po przeleżeniu dnia, wszystko minęło. Mam nadzieję, że już nie będzie takich problemów.
Dziś nasi chłopcy opuścili Boys Home. Rozpoczęli swoje wakacje. Mimo tego, że jest to pierwszy dzień bez nich, jest tu strasznie cicho. Pustkę odczuwa się strasznie emocjonalnie. Brakuje mi naszego małego Petera, który przychodził po słodycze, Ryśka, który brzdękolił na gitarze, na naszej werandzie czy Immy, który przesiadywał na naszych fotelach. W tym momencie nasze obowiązki w Boys Home się kończą. Ale oznacza to także, że Holiday Camp już tuż tuż.

17 wrz 2010

29.07.2010





Wróciliśmy z Północy Ghany. Jest to zupełnie inne miejsce niż nasze Sunyani. Różni się nie tylko budownictwem, językiem, ale jest także najbiedniejszym rejonem państwa. Obrazki z tego miasta pokazuja typowe wyobrażenia o Afryce – gliniane chatki, brak dostepu do wody, hodowla zwierząt. Zastanawiam się czasem czy Bóg nie zapomniał o tych ludziach. Ale takie wizyty pozwalają człowiekowi dostrzec to, co ma. Co raz częściej dochodzę do wniosku, że lokalni mówiąc „Jesteś biały, masz pieniądze” mają rację. A oni tak często nie maja co włożyć do ust!
Na północy był z nami polski misjonarz Fr. Franek. Jest to człowiek, który bez wątpienia poświęcił swoje życie Bogu i Afryce. W Jemie – wiosce, w której pracuje – buduje kościół, plebanię i jest dyrektorem szkoły. Wszystko co robi, robi z sercem i poświęca Najwyższemu. I taki powinien być prawdziwy misjonarz.

14 wrz 2010

25.07.2010




Afryka to bez wątpienia miejsce, gdzie cuda są na porządku dziennym, a do tego tak strasznie widoczne. Szczególnie dla nas Europejczyków. Dziś były śluby wieczyste Br. Edmunda. Ale dzisiaj nie będzie o religii, ale o radości. Ghańczycy na każdym kroku tańczą, klaszczą i się radują. Jest to bardzo pozytywne. Zastanawiam się z czego to wszystko wynika. Na pewno taniec to sposób okazywania radości, ale także pewien element kultury. Dla mnie, białego człowieka, jest to coś, co zachwyca i porusza serce.
Nasi chłopcy są niesamowici. Dziś wracając z mszy, jadąc na pace, włączyli muzykę i zaczęli śpiewać i tańczyć. Nie sposób było się temu oprzeć i nie dołączyć do nich. Ludzie patrzyli się na nas dziwnie. 5 białych dziewczyn tańczących na pace razem z chłopakami. Bo to jest właśnie afrykańska radość!

12 wrz 2010

24.07.2010





Życie tutaj jest naprawdę cudem, który trzeba docenić. Nawet tu, tysiące kilometrów od domu, spotyka się Polaków. I to nie tylko jednego. Poza nami – ekipą projektową – jest tu 6 polaków. Nawet Romek, z którym nie potrafiłam spotkać się w Polsce.
Choć zastanawia mnie, po co tak naprawdę tu przyjeżdżamy. Jesteśmy tu jakiś czas, wracamy do domu, tęsknimy. Ale przez to wszystko jesteśmy bogatsi o nowe doświadczenia, przyjaźnie. To właśnie oni wylewają łzy, szczególnie kiedy wracają do domów. To tak jak Paula dziś. I to chyba jest szczęście. Znaleźć to wszystko czego nam potrzeba w jednym miejscu.